Opis
Współczesna literatura białoruska w języku białoruskim.
MISTYKA | THRILLER | MIŁOŚĆ | DETEKTYW | FOLK
Jeśli mieszkasz w pobliżu Prohwy, łatwiej uwierzyć w wilkołaki niż w stabilny zasięg telefonii komórkiej.
Ale nasz główny bohater jest miejski. Wykładowca uniwersytecki Antoś traci wiernego przyjaciela, beagle’a o imieniu Argus. W tym samym czasie żona decyduje, że ich małżeństwo się wypaliło. Szukając jakiegoś hobby, by zająć głowę, Anton zgadza się pomóc znajomej i rozszyfrować tekst tajemniczych zeszytów, znalezionych na strychu w jednej z wsi nieopodal Prohwy – mokradła, nad którym żył także dziadek głównego bohatera. Zeszyty są zapisane pismem sütterlin, dziś już zapomnianym niemieckim krojem pisma. Dają się odczytać tylko pojedyncze słowa, ale im więcej bohater rozumie, tym z większym niepokojem spogląda w lustro.
Wersję elektroniczną książki można również kupić w Google Books oraz na Kobo.com.
CYTAT Z KSIĄŻKI:
Zeszyty były różne. Zbyt różne, by można było połączyć je jakąś wspólną cechą, słowem czy odpowiednim opisem. Jedne – cienkie, nieco grubsze od zwykłego szkolnego zeszytu, inne – grube, mięsiste jak byki piemonckie. Papierowe okładki, okładki z ceraty, tekturowe okładki, zeszyty całkiem bez okładek… Ze dwadzieścia sztuk, nie mniej. Ułożone byle jak – równo ich ułożyć nie było sposobu, przechylały się na bok i groziły zawaleniem, upadkiem ze stołu na mak i kubki do kawy.
– Mogę? – spytałem.
– Tak, oczywiście – skinęła głową Jaśsia. – Bierz i oglądaj. To tylko część, żebyś miał wyobrażenie.
Rękopis, który leżał na wierzchu, był zwykłym zeszytem. Przycisnąwszy kciukiem grzbiet, przejrzałem go wachlarzem. Pachniało kurzem i starą papierem. Potem otworzyłem na chybił trafił. Jasne kartki w kratkę, bez marginesów, jeszcze nie zdążyły pożółknąć. Były zapisane wyraźnym i gęstym pismem: linijki szły w każdej linijce kratek, litery to chyliły się w prawo, to prostowały jak żołnierzyki na paradzie, to zaczynały walić się w lewo, jakby na ten szyk wiał wiatr i rozsypywał szeregi dzielnych pruskich wojaków.
– Przypomina boustrofedon – powiedziała Jaśsia.
– Co? – nie zrozumiałem.
– Taki sposób pisania. Parzyste linijki idą od lewej do prawej, nieparzyste – od prawej do lewej.
Tylko tego jeszcze brakowało! Jeśli tak, to gorzka moja dola – trzeba będzie śledzić numery linijek, by nie pomylić kierunku.
– Więc to boustrofedon?
– Nie.
– Dzięki Bogu – mruknąłem.
– Co myślisz?
Odłożyłem zeszyt, wziąłem następny, przejrzałem go. Ten sam obraz: gęsty tekst, zmienny pochylenie. Ani jednego rysunku, ani jednego znanego słowa. Od plątaniny symboli mieniło się w oczach.
– Jak to odczytać?
– Kwestia przyzwyczajenia – Jaśsia wzruszyła ramionami. – Nic trudnego.
Następny wolumin był złożony z cienkich zeszytów uczniowskich, połączonych razem, sklejonych i oprawionych – ani ująć, ani dodać: prawdziwa książka. W przeciwieństwie do poprzedniego, ten wyglądał bardzo staro: pachniał pleśnią, a na pożółkłych stronach były rozsypane konstelacje ciemnych kropek. W oczy rzucało się kilka tytułów – krótkie napisy z kilku słów między większymi partiami tekstu.
– Wygląda na to, że leżały w różnych miejscach.
– Tak właśnie jest – potwierdziła Jaśsia. – Część zeszytów była schowana w walizce na strychu, niewielką ilość znaleźliśmy w domu między książkami. Te z walizki zachowały się lepiej.
– Może są po prostu nowsze? Czy jest w nich jakaś chronologiczna kolejność?
Miacielskaja zamyśliła się.
– Prawdopodobnie jest, ale ja o tym nic nie wiem. Żeby je jakoś rozróżniać, te gorsze nazywam Starszą Eddą, a te nowsze – Młodszą.
– Oryginalnie – powiedziałem.
– Nalej mi kawy – Jaśsia spojrzała na męża.
Ten ostrożnie napełnił filiżankę prawie po sam brzeg i delikatnie podał jej. Miacielskaja pewną ręką przybliżyła filiżankę do ust, nie rozlewając ani kropli, i pociągnęła łyk.
– No, co myślisz? – powtórzyła swoje pytanie.
– Już ci powiedziałem – zgadzam się.
„Zimne ziemie”


Opinie
Na razie nie ma opinii o produkcie.